Mówi się, że przegrywać trzeba umieć. Problem w tym, że często nie pozwalamy naszym dzieciom, aby się tego nauczyły. Wszystko z powodu rodzicielskiej troski i chęci sprawienia, aby nasze pociechy mogły jak najdłużej korzystać z niewinnego dzieciństwa. Problem polega na tym, że jednocześnie uniemożliwiamy im nabycie ważnych kompetencji, które są niezbędne w dorosłym życiu. Sprawdź,…

Dlaczego przegrywanie jest ważne? 

Nic nie uczy tak jak porażka. Dokładnie opisuje to jeden z moich wielkich mentorów John C. Maxwell w książce pt. „Czasem wygrywasz, a czasem przegrywasz”, która dostępna jest w wersji dla dorosłych i dla nastolatków. 

Prawda jest jednak taka, że od własnych porażek bardziej nie lubimy tylko porażek, które przydarzają się naszym dzieciom. I dokładnie z tego powodu wiele mam stara się chronić swoje dziecko przed jakąkolwiek przegraną. Często wynika to z traktowania rodzicielstwa jako misji, która polega właśnie na ochronie dziecka przed nawet najmniejszym upadkiem czy niezadowoleniem. Dotyczy to zwłaszcza mam, które chciałby, aby ich dziecko było zawsze radosne i uśmiechnięte. Takie mamy chcą sprawić, aby dzieciństwo ich dziecka było „gładką ścieżką” i dokładają wszelkich starań, aby tylko nie pojawił się na niej żaden kamyczek. 

Mam jednak do Ciebie kontrowersyjne, choć ważne pytanie. Czy tego nieustającego uśmiechu potrzebujesz dla dziecka, czy może dla siebie? 

Zanim przejdziemy dalej, pozwolę sobie na małą dygresję. Pamiętaj, że jesteś NAJLEPSZĄ MAMĄ, JAKĄ TYLKO POTRAFISZ BYĆ. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Dlatego nie wpadaj w poczucie winy z powodu tego, co piszę. Moje artykuły są po to, abyś mogła stawać się lepsza, jeśli tylko poczujesz taką potrzebę. Nie mam zamiaru sprawiać, aby ktokolwiek po wizycie na moim blogu czuł się źle. Wprost przeciwnie. Moją misją jest sprawienie, aby kobiety się rozwijały, również jako mamy. Nie uda mi się tego osiągnąć, jeśli Ty poczujesz się źle. 

Wróćmy jednak do sedna, czyli kwestii tego, dlaczego zależy Ci na nieustannym uśmiechu na twarzy Twojego dziecka. 

Czym dla mamy jest uśmiech dziecka?

Odpowiedź na powyższe pytanie wydaje się oczywista. Uśmiechnięte dziecko to szczęśliwe dziecko. A co to dokładnie oznacza dla Ciebie? Uśmiech dziecka sprawia, że zaspokojona zostaje jakaś Twoja ważna potrzeba. Dzieje się tak najczęściej w przypadku kobiet, dla których macierzyństwo to życiowe wyzwanie. 

W takim przypadku uśmiech dziecka może stanowić nagrodę za dobrze wykonane zadanie. W głowie pojawia się skojarzenie: „moje dziecko jest szczęśliwe = jestem dobrą mamą”. W końcu, jeśli dziecko nie jest szczęśliwe, to na pewno mama robi coś nie tak i jest złą, wyrodną matką. 

Uwaga! Tak naprawdę szczęśliwe dzieciństwo oznacza również trudne sytuacje, adekwatne do wieku dziecka. Jeśli Twoja 5-letnia córka upadnie na rowerku i stłucze kolano, to nadal oznacza to szczęśliwe dzieciństwo. Jeśli Twój 10-letni syn pokłóci się z najlepszym kumplem, to nadal oznacza to szczęśliwe dzieciństwo. Dlaczego? Bo jest ono prawdziwe. A nie sztucznie lukrowane pod ochronnym kloszem. 

Ponadto uśmiech dziecka może także oznaczać chwilę na nic nierobienie. W takich momentach odczuwasz ulgę, że choć przez chwilę nie musisz działać w rodzicielskich spec służbach, które mają za zadanie natychmiastowe przywracanie dobrostanu dziecka.   

Jeśli jesteś typem osoby, która działa w schematach zadowalania innych, to uśmiech dziecka może dla Ciebie oznaczać stan, który można określić jako „jestem na chwilę zwolniona z nieustannej gotowości do zadowalania innych”.

Tylko że dziecko nie potrzebuje być zawsze uśmiechnięte. Wprost przeciwnie. Dla dobra dziecka ważne jest, aby mogło ono przeżywać wszelkie emocje. Również te trudne. Kiedy reagujesz na najmniejszy grymas niezadowolenia, odbierasz dziecku możliwość przeżywania normalnych i zdrowych emocji, a także uczenia się, jak sobie z tymi emocjami radzić. 

Dlaczego powinnaś pozwolić dziecku na frustrację?

Czy wiesz, że frustracja to jeden z najlepszych stanów w rozwoju? To właśnie wtedy poznajemy lukę pomiędzy tym, gdzie jesteśmy, a miejscem, w którym chciałybyśmy się znaleźć. 

Frustracja ujawnia nasze aktualne potrzeby. Frustracja popycha nas do zmiany. A jak wiemy zmiana na lepsze to rozwój. Gdyby nie frustracja, nasz świat stałby w miejscu. 

Popatrz na telefony. W czasach, gdy mieliśmy dostęp wyłącznie do telefonów stacjonarnych, ktoś poczuł frustrację, że będąc na mieście, musi szukać budki telefonicznej, aby zadzwonić i odwołać spotkanie. Ten ktoś pomyślał: „a gdyby tak mieć telefon przy sobie i móc skontaktować się z kimś w dowolnym momencie?”. Tak właśnie powstała telefonia komórkowa i wszystkie inne wynalazki na świecie. Każda Twoja frustracja jest wskazówką do rozwoju, pod warunkiem że tak właśnie ją potraktujesz. I Twoje dziecko też jej potrzebuje. 

Pozwól dziecku na przegraną

Przyznaj się, czy dajesz dziecku fory w grach planszowych? A może nawet celowo oszukujesz, tak aby dziecko wygrało i było zadowolone? Pomijam już, że nie uczysz w ten sposób dziecka zasady fair play, która jest tak cenna w dorosłym życiu. 

Jednak co gorsza, kiedy dajesz dziecku fory, osłabiasz je. Wysyłasz mu w ten sposób komunikat: „bez moich oszustw nie dasz rady wygrać”. A jeśli myślisz, że dziecko nie wie, że oszukujesz, to chcę Cię oświecić. Nawet jeśli oszukujesz w sprytny sposób, dziecko czuje to w Twojej energii. Pozwalając mu za każdym razem wygrywać, tym samym odbierasz mu wiarę w to, że może zwyciężyć uczciwie. Wówczas dziecko zaczyna wierzyć, że potrzebuje taryfy ulgowej, jak ktoś słabszy lub gorszy. A nikt nie chce i nie powinien czuć się w ten sposób. 

Dlatego też ja, jako strażniczka dobrej komunikacji, uwielbiam stosować wyrażenie „wspieranie w rozwoju”, zamiast „wychowanie”. Kiedy pozwalam dziecku na przeżywanie trudnych emocji i jestem przy nim, naprawdę czuję, że jestem dla niego wsparciem. Nie szukam w imieniu moich dzieci rozwiązania, ponieważ wiem, że w ten sposób utrudniałabym im naukę i rozwój. 

Obecnie tylko pytam dzieci, czego w danym momencie potrzebują oraz zapewniam, że jestem przy niech i mogą na mnie liczyć. Jednocześnie nie zabieram dziecku całego trudu związanego z przykrym wydarzeniem w jego życiu. Daję dzieciom wolność do przeżywania tego, co prawdziwie czują. 

W tym sposób, zamiast zapobiegać wszelkim niedogodnościom w życiu dzieci, uczę je, jak radzić sobie nimi teraz, aby te kompetencje zostały z nimi i służyły im w dorosłym życiu. 

Jak pomóc dziecku w radzeniu sobie z porażką?

W opozycji do rodziców, którzy usuwają wszelkie przeszkody z życia dziecka, są rodzice, którzy chcą wychować swoje potomstwo na twardzieli. Jak to robią? Na przykład w sytuacji, w której dziecko uderzy się i rozpłacze, udają, że tego nie widzą i nie słyszą. W efekcie również nie pomagają ani nie wspierają swoich dzieci w przeżywaniu trudnych emocji. Raczej wysyłają im komunikat: „jesteś z tym sam/sama”. Jest to przykre, ponieważ dzieci nie mogą być pozostawione same sobie. Taki rodzaj wychowania sprowadza się w rzeczywistości do unikania trudnych emocji, a to też nie wspiera dziecka w radzeniu sobie z nimi.

Bywają też mamy, które usprawiedliwiają porażki dzieci w krzywdzący sposób. Mówią: „to sędzia źle sędziował”, „nauczycielka musiała się pomylić”, „zawody były niesprawiedliwe”, czy „inne dzieci musiały oszukiwać”. Takie podejście nie uczy Twojego dziecka, że porażki są dobre. Zamiast tego wywołuje w nim lęk przed porażką. Bo skoro oczekiwania od dziecka są takie, że zawsze będzie wygrywało, co jest przecież niemożliwe, to jedyne czego dziecko się o sobie nauczy, to tego, że jest kimś, kto nie domaga i nie daje rady. Spowoduje to chroniczny lęk przed rozczarowaniem innych. 

Chcę nauczyć moje dzieci, że w życiu nie zawsze się wygrywa i że jest to jak najbardziej ok. Każda porażka jest lekcją. Jednak jeśli nie nauczą się tego teraz, to zetknięcie się z jakąkolwiek trudnością w przyszłości, może stać się bardzo bolesne. 

Zamiast chronienia moich dzieci przed porażkami, wolę nauczyć je, że efekty są wprost proporcjonalne do zaangażowania. Jeśli słabo się zaangażują, będą mieli słabe efekty. Posprzątanie pokoju po łebkach, daje słaby efekt wizualny. Nieodkładanie rzeczy na miejsce daje efekt „tracę czas na szukanie różnych rzeczy, zamiast robić coś przyjemnego”. W ten sposób moje dzieci konfrontują się z rezultatami swoich wcześniejszych decyzji i mogą wyciągać wnioski przed podjęciem kolejnych. I choć nie zawsze na tym wygrywają, to z każdej takiej sytuacji, są w stanie wyciągnąć lekcje dla siebie. 

Porażka nie musi być czymś złym, jeśli tylko tak postanowisz. Natomiast jeśli za wszelką cenę będziesz chronić dziecko przed przegraną, nie będzie ono nauczone, jak radzić sobie z nią radzić w dorosłym życiu. Ostatecznie to, co zrobimy z jedną porażką, jest o wiele ważniejsze od tysiąca zwycięstw.