Boisz się samotności? A może po cichu współczujesz przyjaciółkom, które akurat nie mają partnerów? Tymczasem bycie singielką wcale nie musi wiązać się z samotnością. Co więcej, bycie samą nie oznacza,

Jak świat każe nam postrzegać singielki?
Jakiś czas temu jedna z moich przyjaciółek-singielek przyznała, że bardzo podziwia kobiety, które na Facebooku otwarcie ustawiają opcję „wolna” jako status związku. Ów podziw wynikał z nie do końca uświadomionych przekonań, że brak życiowego partnera musi oznaczać, że z daną kobietą jest „coś nie tak”. I bądźmy szczere. Niejedna z nas ma podobne przekonania. Sama nagle zaczęłam się przyłapywać na tym, że spotykając kobietę, która samotnie idzie przez życie, w mojej głowie pojawiał się cichutki, acz wyraźny głos, mówiący: „popatrz, taka fajna, a wciąż sama…” lub „to już jej drugie małżeństwo, które się rozpadło. Na bank musi być z nią coś nie tak”. Najgorsze jest to, że do czasu rozmowy z moją przyjaciółką, myślałam podobnie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy! 
Jak wiele z was wie, od dwóch lat jestem samodzielną mamą i nigdy, nawet przez sekundę nie czułam się z tego powodu gorsza. Od dawna wychodzę z założenia, że są ludzie, którzy przychodzą do naszego życia na zawsze i tacy, którzy wpadają tylko na chwilę. Ci drudzy uczą nas czegoś ważnego i lecą dalej. Każda z tych znajomości jest ważna, bo wszystko, co dzieje się w naszym życiu, jest pewnego rodzaju prezentem i dzieje się po coś. Niemniej jednak nie istnieje nawet jeden powód, dla którego singiel czy singielka powinni czuć się gorsi od tych, którzy tworzą mniej lub bardziej udane związki. 
Co więcej, przez te dwa lata, nigdy nie czułam się samotna. Po pierwsze, pomimo rozstania, mam duże wsparcie ze strony moich dwóch byłych mężów. Po drugie, tworzę dobre relacje z innymi ludźmi. A po trzecie i najważniejsze, mam zdrową relację z samą sobą. I dlatego nawet nie stosuję określenia „samotna” mama, tylko właśnie samodzielna. A to wszystko dlatego, że obecnie doskonale zdaję sobie sprawę, że czas spędzony w pojedynkę, jest równie ważny, jak momenty, które spędzam z ważnymi dla mnie ludźmi. 

Dlaczego musisz mieć partnera?
Każda kobieta musi zmierzyć się z kulturową presją, jaka jest na niej wywierana, gdy tylko wejdzie w dorosłość. Najpierw pojawiają się pytania o partnera, później o ślub, w końcu o pierwsze dziecko, no i o to, kiedy pojawi się następne. Gdy tylko któraś z nas wyłamie się z tego schematu, i to jeszcze dobrowolnie!, ludzie wokół zaczynają się dziwić i… oceniać. Tylko że ocena ta wynika ściśle z ich przekonań i najczęściej polega na wspomnianym wcześniej schemacie: „z nią jest coś nie tak, skoro nie potrafi zatrzymać przy sobie faceta”. 
Powiem ci coś. Byłam w związkach, w tym tych małżeńskich. Byłam też sama. I dziś doskonale wiem, jak ważne jest, aby móc od czasu do czasu pobyć wyłącznie z samą sobą. Okazuje się, że są to chwile spędzone w równie dobrym towarzystwie, co najlepsza przyjaciółka czy ważna część rodziny.  

Dlaczego warto być singielką?

Co jednak najważniejsze, moje doświadczenie pozwoliło mi odkryć wiele prawdziwych zalet bycia singielką.  

Regeneracja na własnych zasadach
Po pierwsze, będąc sama, mam możliwość ładowania baterii emocjonalnych i mentalnych wyłącznie po swojemu. Są osoby, które regenerują swoją energię w ciszy i skupieniu, najlepiej będąc wśród natury. Inne potrzebują do tego szalonej imprezy w centrum miasta. U mnie bywa z tym różnie. Raz wolę spokój, innym razem mam ochotę się wyszaleć. A jako singielka mogę ładować swoje baterie w sposób, na który akurat w danym momencie mam ochotę. Nie muszę się do niczego zmuszać dla tzw. dobra ogółu, bo owego ogółu nie ma, gdy jest się singlem😉

Podkręcona kreatywność

Po drugie odkryłam, że gdy jestem sama, jestem bardziej kreatywna. Podejrzewam, że wynika to z możliwości większego skupienia się na tym, co w danej chwili jest ważne dla mnie, a ewentualne rozpraszanie uwagi jest mniejsze, niż w przypadku, gdy dzieliłam problemy z partnerem.

Poza tym warto pamiętać o jeszcze jednej stronie medalu. Gdy znajdujesz się w sytuacji kryzysowej, sięgasz po taką część swojego potencjału, której w normalnej sytuacji po prostu nie potrzebujesz. Gdy masz na sobie 100% odpowiedzialności m.in. za dzieci i prowadzenie domu, to wtedy naprawdę wykorzystujesz pełnię swojej mocy. Jako fanka rozwoju osobistego oceniam to jako wielki plus, choć samodzielne macierzyństwo i związana z tym pełna odpowiedzialność zazwyczaj postrzegana jest jako wada.   

Natomiast ja odczuwam to w ten sposób, że poza potrzebami moich dzieci, mogę skupić się wyłącznie na swoich priorytetach i nie muszę liczyć się z potrzebami drugiej dorosłej osoby. Kiedy byłam w związkach, zawsze z moim partnerem szukaliśmy kompromisów i próbowaliśmy spotkać się w połowie drogi. Tylko że w praktyce najczęściej oznaczało to rezygnację z części ważnych dla mnie spraw. Albo czegoś nie robiłam, albo robiłam to w połowie lub w inny sposób. W każdym razie nie tak, jak pierwotnie chciałam. A, że jestem typem ugodowym, działo się to z automatu.

Pod tym względem życie w pojedynkę to większa niezależność. Pewnie w niektórych przypadkach nawet całkowita. Ja bardzo liczę się ze zdaniem moich dzieci, włączając w to mojej niespełna 5-letnią córkę. Zatem dopóki dzieci są w domu, będę mówić o większej niezależności. Pełną osiągnę, kiedy to moje dzieci osiągną swoją niezależność. Taki paradoks.  Niemnie jednak i tak dziś robię, co chcę, kiedy chcę i jak chcę. 

Życie w zgodzie ze sobą
Po trzecie, samodzielne życie pomogło mi jeszcze lepiej zrozumieć siebie bez kontekstu drugiej osoby. Dzięki temu mogę podejmować decyzje, które są naprawdę moje oraz żyć w zgodzie z moimi wartościami, a nie tymi, które są wypadkową wartości dwóch różnych osób. A to jeszcze nie wszystko. 

Życie w pojedynkę z pewnością pomogło mi zadbać o siebie. Jednocześnie zmusiło mnie to do prawdziwego rozpoznania moich autentycznych potrzeb. Jednak dzięki temu dziś wiem, kiedy czuję się dobrze, co mam zrobić, żebym czuła się zadbana, a co, abym poczuła się kochana. Okazuje się, że pomimo licznych miłych, czy wręcz cudownych chwil, w których dbał o mnie mężczyzna, to ja sama najlepiej wiem, czego mi najbardziej w danym momencie potrzeba. 

Zupełnie jak w sytuacji, kiedy przystojny mężczyzna przynosi Ci do łóżka pyszne śniadanie, składające się ze świeżo usmażonych naleśników z dżemem oraz kawy. I choć bardzo doceniasz ten gest, to w głębi duszy wolałabyś spałaszować jajecznicę na boczku.


Bycie samą jest w sam raz!

I żeby wszystko było jasne. Nie twierdzę, że bycie samemu jest lepsze. Twierdzę, że bycie samemu nie jest gorsze. Coraz częściej jest w pełni świadomym wyborem, a nie przykrym zrządzeniem losu, jak się niektórym błędnie wydaje. Co więcej, co chwilę pojawiają się kolejne przykłady kobiet, które pokazują,
że w pojedynkę można być nawet bardziej szczęśliwym, niż będąc w związku.

Mam wokół siebie wyjątkowe osoby. I nie mam na myśli wyłącznie dwójki moich wspaniałych dzieciaków, ale cudownych przyjaciół. Mam też wspaniałe relacje w rodzinie. Mam grupkę super znajomych z klubu, w którym tańczę, a na zajęciach z jogi równie zawsze czeka na mnie niezła ekipa. Ja nawet nie mam kiedy być samotna. 

Odkąd jednak prawdziwie pokochałam siebie, nie obawiam się samotnie spędzanego czasu. Wręcz przeciwnie. Lubię swoje towarzystwo. W końcu nikt nie zrozumie mnie tak, jak ja sama rozumiem siebie.
I Tobie też polecam takie podejście. Gdy następnym razem poznasz kobietę, która nie ma u swojego boku partnera, nie zastanawiaj się, co jest z nią nie tak. Najpewniej właśnie odkrywa ona, że sama może być co najmniej tak samo szczęśliwa, jak w momentach, gdy było jej naprawdę dobrze z byłym partnerem.